niedziela, 1 marca 2020

Lista rzeczy do zrobienia

Niedziela 01.03.2020

Co mamy jeszcze do zrobienia w nowym antykwariacie zanim go otworzymy?

1. Kącik dziecięcy-musimy kupić i ustawić kilka sprzętów
Główni projektanci, czyli dzieci, zdecydują jak to ma wyglądać. Ja stawiam na swobodę i wolny wybór aktywności przez dzieci. Będzie można się bawić, realizować plastycznie, grać w gry, układać puzzle, czytać i słuchać głośnego czytania. Marzy mi się guzik jak w autobusie "przystanek na żądanie", u nas będzie "czytanie na żądanie". Mały czytelnik wciska, antykwariuszka czyta np. przez 10 minut.

2. Kącik kuchenny-piękna szafka już jest, trzeba jeszcze zamontować zlew, ekspres i pomyśleć o przekąskach.
Tutaj najchętniej wyżyłabym się w kwestii kulinarnej, ale jednak może lepiej zostawić to fachowcom. Jak będę miała nadmiar czasu wolnego i chęć, to rozszerzę aktywność o pieczenie ciast. Na razie skupię się na książkach.

3. Sprzęty do siedzenia-kanapa, stoliki, krzesła
Część już jest, tylko trzeba przewieźć, część trzeba dokupić. Chcemy, żeby w nowym antykwariacie było miejsce do siedzenia i spokojnego czytania, rozmów o książkach i nie tylko. Na pewno będzie kanapa, 2 lub 3 stoliki z krzesłami, zobaczymy co jeszcze się zmieści.

4. Lampy-jedna testowa jest kupiona, musimy ją zamontować i sprawdzić jakie daje światło i czy możemy kupić więcej takich, czy jednak inny model.

5. Książki - duża część jest już rozłożona na półkach, ale wciąż ogrom jest do rozłożenia. Dziękuję ochotnikom-pomocnikom, którzy z uśmiechem i za darmo pomagają nam w tej pracy. Czuję, że rozkładanie książek potrwa jeszcze jakiś czas i chyba otworzymy nowy antykwariat przed końcem tego przedsięwzięcia. Będziemy po prostu rozkładać książki i gościć pierwszych klientów-czytelników.

6. Skup książek - już nieśmiało wznowiony
W ostatnich tygodniach zrobiłam kilka wypraw po książki i kilka księgozbiorów zostało kupionych w antykwariacie. Są to na razie standardowe ilości po kilkaset książek, ale już czujemy zadyszkę. Ja nawet dosłownie, bo sama jeżdżę po książki, noszę je do samochodu i potem wyładowuję. Zadyszki dostaje też nasz mały antykwariat, który zwyczajnie nie pomieści wielu dostaw. Na szczęście książki cały czas się sprzedają i jakoś to się kręci. 

7. Napisy na półki
Roboczo robimy je na zwykłych kartkach A4. Sprawdzają się, bo duże litery są z daleka widoczne i kartki łatwo się przenosi gdy trzeba przenieść cały dział. Ostatecznie wolałybyśmy jednak napisy wydrukowane w naszym ulubionym foncie "Antykwa toruńska" i w jakiejś trwalszej postaci niż zwykła kartka.




Nie wiemy jak długo potrwa zanim wszystkie punkty z listy odhaczymy. Mamy nadzieję, że około 2-3 tygodnie i w połowie marca będziemy otwierać się dla klientów. Prosimy o wsparcie, najlepiej przez kupowanie u nas książek, ale akceptujemy też ciepłe myśli, miłe słowa i trzymanie kciuków. Niezmiernie wdzięczni jesteśmy za pomoc w układaniu książek. Pamiętajmy, że niezależne księgarnie, antykwariaty i wszystkie małe lokalne sklepy funkcjonują tylko wtedy, kiedy ktoś w nich kupuje. To ważne gdzie zostawiamy swoje pieniądze. Jasne, że niezależne sklepy nie mogą proponować tak niskich cen jak sieci czy duże sklepy internetowe. Często od dystrybutorów kupujemy książki za ceny wyższe niż ceny detaliczne dla klientów księgarń internetowych. Nie mamy możliwości sprzedawać tak tanio jak wydawnictwa na swoich stronach czy na targach. Swoją pracą chcemy pokazać, że warto kupować w lokalnych księgarniach. Te kilka złotych różnicy między najtańszą ofertą internetową, a ceną okładkową to Wasza dotacja na funkcjonowanie lokalnych księgarń. Dziękujemy.

P.S. Co czytamy?

Antykwariusz Marcin kończy lub już skończył Zabójczą biel autorstwa Roberta Galbraitha (J.K. Rowling), czyli czwarty tom serii o detektywie Cormoranie Strike'u. Zdaniem Marcina ten tom jest najlepszy, a najciekawsze są skomplikowane relacje między bohaterami. Do niedawna myślał, że to ostatni tom i więcej nie będzie, ale przeczytaliśmy w serwisie Rynek Książki, że autorka pisze kolejny tom! Młodszy antykwariusz Adam skończył Pamiętnik Czarnego Noska autorstwa Janiny Porazińskiej i zaczął księgę 1. Zwiadowców Johna Flanagana. Adam mówi o obu książkach, że są fajne i dobrze się je czyta (to samo mówi o większości książek). Młodsza antykwariuszka Hania czyta Krainę Lodu II, której tekst polski napisały Zofia Stanecka i Adrianna Zabrzewska. Hania mówi, że książka jest fajna, bo jest długa, zawiera dwa opowiadania. Śnieżną siostrę Mai Lunde czytamy razem na głos. Urzeka nas magiczną atmosferą świąt (choć Boże Narodzenie dawno za nami i zbliża się Wielkanoc), pięknymi ilustracjami autorstwa Lisy Aisato. Choć książka dotyczy trudnego tematu straty, śmierci, to opowiada o nim w delikatny sposób, tak że można ją czytać z dziećmi będąc spokojnym o ich wrażliwość. Najmłodszy antykwariusz Ignacy pożera wszystkie książki, jakie wpadną w jego ręce. Tylko jedna unika tego losu, a Ignaś przygląda się obrazkom i słucha jak o nich opowiadamy. To kupiona 10 lat temu dla Adasia twardostronnicowa książeczka o Muminkach na podstawie książek Tove Jansson. Jej tytuł: Muminki mała księga : Słowa. Czytaliśmy ją Adasiowi, Hani i teraz czytamy Ignasiowi i wszystkim się podobała/podoba. Proste obrazki, jedno słowo na każdej stronie i pole do opowiadań dla rodziców dają możliwość cudownego spędzenia czasu z dzieckiem. Ja czytam Kapelusz cały w czereśniach Oriany Fallaci i Ludzie, ludzie... Ewy Woydyłło. Pierwsza to saga o rodzinie autorki, którą czyta się jak wciągającą powieść historyczną. Dla mnie najciekawsze są opisy przodków Fallaci na tle historii Włoch, trudy ich życia i historie przedmiotów, które przetrwały do dziś w skrzyni z pamiątkami. W książce Woydyłło opisani są ludzie w rozdziałach takich jak: "Kłótliwi", "Chomiki", "Przyjaciółki (cudzych mężów)"i sporo innych typów ludzi, których spotykamy w życiu, a czasem sami nimi jesteśmy. To książka poradnikowo-psychologiczna w przystępny sposób pokazująca pewne mechanizmy rządzące naszym zachowaniem i relacjami. Polecamy!


poniedziałek, 20 stycznia 2020

Powrót

Poniedziałek, 20.01.2020

Antykwariat wraca do korzeni. Spróbujemy wrócić do tego co było na Podmurnej, czyli dużego antykwariatu wypełnionego po brzegi książkami. 


Nasza obecna siedziba, niewielkie pomieszczenie na parterze budynku Towarzystwa Naukowego, ma niewiele ponad 20 m kw. Nowe pomieszczenie, w piwnicy tego samego budynku z wejściem od ulicy Dominikańskiej, ma 84 m kw. Na zakończenie remontu tej piwnicy czekałyśmy kilka lat, ile dokładnie nie potrafię podać, na pewno 5 lat, a może więcej. Teraz piwnica jest gotowa: wyremontowana, piękna, z nowymi instalacjami, nową podłogą, nowymi niektórymi ścianami, nowe będą regały i lampy, stare będą tylko książki. W kilku miejscach zostały wyeksponowane wmurowane w ściany kamienie, mamy też odsłonięty fragment muru z cegły gotyckiej. Musiał on powstać wcześniej niż cały budynek, który wybudowano w 1881 roku. Lubię sobie wyobrażać, że ten fragment muru tworzył jakiś budynek lub pomieszczenie związane z książkami. Początki drukarstwa toruńskiego sięgają roku 1568 i raczej nie mają nic wspólnego z okolicą dzisiejszej siedziby TNT, ale może wcześniej było tu skryptorium, biblioteka lub jakiś prywatny księgozbiór... Tak bym chciała, żeby duch książek czy też książkowa bogini była z nami i nam sprzyjała.   


W nowym miejscu zmieści się około 20 000 sztuk naszych książek. Nie wiemy ile ich było na Podmurnej, pewnie więcej. Nasze zapasy przekraczają teraz dwukrotnie możliwości piwnicy. Wszystko się nie zmieści. Ale wiemy, że dzięki naszym klientom, czytelnikom i przyjaciołom książki będą znajdowały nowe domy i na półkach antykwariatu zrobi się miejsce na nowe zakupy. Gdy już te zapasy zostaną upłynnione, będzie można wznowić skup. Regałami zapełnimy każdą ścianę i ściankę w nowym antykwariacie, no może oprócz tej gotyckiej. Mam obmyślone gdzie umieścimy poszczególne działy: tuż przy wejściu będzie literatura piękna, polska i zagraniczna, gdyż to tym działem głównie interesują się nasi klienci. Dalej będą książki naukowe, poradniki, albumy, sztuka. W końcowej części zrobimy dużą część dziecięcą. 

Mam marzenie, żeby w tej części połączyć moje dwie życiowe funkcje: mamy i antykwariuszki. Chciałabym, żeby moje dzieci przychodziły tu po szkole/przedszkolu/żłobku i spędzały czas do zamknięcia, tak żebyśmy mogli razem wracać do domu. Do tej pory było tak, że musiałam kończyć pracę w okolicach godziny 15, żeby odebrać dzieci z placówek edukacyjnych i wracając do domu zrobić zakupy, po powrocie ugotować obiad, pomóc w odrabianiu lekcji, poczytać im, pobawić się, wyjść na plac zabaw. Teraz mam pomysł, żeby w kąciku kuchennym (tak! mamy takie cudo w naszej piwnicy) odgrzewać im obiad, w kąciku dziecięcym odrabiać lekcje, czytać i bawić się. Mamy nadzieję, że dołączą do nas inne dzieciaki, bo pomysłów na zajęcia dla dzieci mamy mnóstwo. W pobliżu antykwariatu jest też świetny plac zabaw Piernikowe Miasteczko, więc potrzeba ruchu na świeżym powietrzu będzie zaspokojona.

W planach jest uruchomienie kącika kuchennego jako mini-bufetu, na początku z kawą i herbatą. Przypomina mi się pewien starszy pan-stały klient z Podmurnej, który do antykwariatu przyjeżdżał z Solca Kujawskiego zawsze z dużym termosem pełnym gorącej kawy. Siadał kolejno w fotelach i na krzesłach przy różnych działach i pił swoją kawę. Na koniec wchodził do kantorka, w którym spędzał pewien czas na rozmowie z moim ojcem i razem pili kawę, każdy swoją. Pamiętam jeszcze jednego pana-stałego klienta z Chełmży, który dla odmiany przywoził opakowanie kawy mielonej i stawiał na ladzie proponując wspólne wypicie i pogawędkę. To już działo się w naszej trzeciej z kolei lokalizacji, przy ul. św. Katarzyny (lata 2008-2011). Teraz będziemy proponować kawę z ekspresu profesjonalnego oraz, gdy już się urządzimy z książkami i zajęciami dla dzieci, to też drobne słodkie przekąski.


Proszę trzymać kciuki za powodzenie tego przedsięwzięcia, może się udać tylko z Państwa pomocą.

P.S. 1 Poniżej zdjęcie przesłane mi niedawno przez pewnego klienta zrobione jeszcze w antykwariacie na Podmurnej.


P.S. 2 Poniżej zdjęcie zrobione mi przez siostrę przedwczoraj w czasie przewożenia pierwszej partii książek do nowego pomieszczenia-piwnicy. W tle: gotycka ścianka.



czwartek, 16 stycznia 2020

Rodzinno-firmowa wyprawa do Warszawy

Czwartek, 16.01.2020


Wczoraj byliśmy na rodzinnej wyprawie w Warszawie. Okazją do wyjazdu było zebranie w Polskiej Izbie Książki. Na zebraniu przedstawiciele małych firm zrzeszonych w Izbie mieli wytypować swoich kandydatów do Rady. Nasza firma należy do Polskiej Izby Książki od 2016 roku, jednak do tej pory wszelkie działania, kontakty i współpraca odbywały się poza siedzibą PIKu. Wczoraj nareszcie odwiedziłam tę książkową instytucję.


W wyprawie udział wzięłam ja, mój najmłodszy synek Ignacy oraz moja mama, której pomoc w każdej dziedzinie warunkuje moje funkcjonowanie. Ignaś jest karmiony naturalnie, więc możemy być rozłączeni jedynie na jakieś trzy godziny, a wyprawa do Warszawy zajmuje dużo więcej czasu. A skoro musiał ze mną jechać Ignaś, to musiał też ktoś do pomocy. Droga do Warszawy upłynęła nam miło. Nikogo oprócz nas nie było w przedziale, więc wykorzystałam ten czas na wypytanie mamy o historię naszej rodziny. Znam na pamięć powtarzane odkąd pamiętam opowieści o tym jak mama nosiła obiad swojemu tacie (dziadkowi Ignacowi) do pracy do stoczni (port zimowy). Ale nie wiedziałam do tej pory jakie szkoły kończyli i co studiowali bracia mamy i inni krewni. Sporo się też dowiedziałam o ich pracy, charakterach, zwyczajach.

Sprawnie wysiadłyśmy z pociągu i mając jeszcze zapas czasu przespacerowałyśmy się wokół dworca. Trochę opowiedziałam mamie o Warszawie, o swoich odczuciach, które zwłaszcza w okresie studiów w Polskiej Akademii Księgarstwa i częstych przyjazdów tutaj mi towarzyszyły. W kawiarni przy dworcu wypiłyśmy kawę, mama wypaliła 2 papierosy i pojechałyśmy na zebranie. Miałyśmy tylko 3 przystanki autobusem, jednak Ignaś zaczął w autobusie płakać i musiałam go wziąć na ręce. Po wyjściu z autobusu też nie chciał spokojnie siedzieć w wózku, więc się stresowałam i poszłyśmy w złą stronę. Na szczęście w stolicy jest dużo kawiarni i restauracji, więc w jednej z nich spokojnie nakarmiłam synka i już mniej zdenerwowana mogłam nas pokierować w właściwą stronę.

Szybko znalazłyśmy siedzibę PIK. Na miejscu zostaliśmy wspaniale ugoszczeni, pani dyrektor udostępniła nam swój gabinet. Mogłam wygodnie nakarmić i przewinąć dziecko, a moja mama mogła z nim poczekać w czasie gdy ja poszłam na zebranie. Na zebraniu było kilkunastu przedstawicieli firm działających na rynku książki, część to dobrzy przyjaciele moi i firmy, część to nowo poznane osoby. Największe wrażenie zrobił na mnie profesjonalizm przedstawicieli Izby oraz merytoryczny i przyjazny sposób mówienia wszystkich, którzy zabierali głos. W mig można poznać, że osoby zebrane w tym gronie przeczytały wiele książek i czytają wciąż. To słychać od razu. Kandydaci do Rady zostali wskazani, wybory odbędą się w kwietniu, jeśli wybrane zostaną osoby, które miałam okazję poznać, to przyniesie to na pewno dobre skutki.

Z zebrania musiałam dwa razy wychodzić, żeby nakarmić dziecko, na szczęście udało się to w miarę szybko i sprawnie, więc niewiele straciłam. Nakarmiony Ignaś potem zasnął na spacerze z moją mamą, a gdy się obudził, to była już pora na wyruszenie w drogę powrotną na dworzec. Żeby się nie zgubić w warszawskim systemie przystankowym (kilka przystanków ma tę sama nazwę, tylko inny numer, a oznaczenia tych numerów są widoczne dopiero po dojściu na przystanek), poprosiłam o pomoc pracowników biura. Mój telefon się rozładował, więc korzystając z pomocy pracowników biura PIK upewniłam się, na który przystanek mamy iść i poszliśmy. Znalazłyśmy przystanek bez trudu (ten akurat był zlokalizowany po toruńsku: po drugiej stronie ulicy niż ten, na którym wysiadałyśmy). Autobus przyjechał szybko, w drodze na dworzec Ignaś był spokojny. Do odjazdu pociągu miałyśmy jeszcze 20 minut, ale ponieważ był już podstawiony na peronie, to wsiadłyśmy i nareszcie mogłyśmy odpocząć. Ignaś spał prawie całą drogę powrotną do Torunia, my z mamą trochę rozmawiałyśmy jeszcze o historiach rodzinnych i o antykwariacie. O tym, co się tego dnia działo w antykwariacie też warto opowiedzieć, ale to już następnym razem.

Podsumowując ten wpis chcę zachęcić inne pracujące mamy karmiące (naturalnie i sztucznie) do aktywności. Jeśli Waszą branżą jest książka, to możecie być pewne, że w Polskiej Izbie Książki jest dla Was i Waszych firm miejsce.


niedziela, 15 grudnia 2019

Najstalszy i najstarszy

Wtorek, 10.12.2019


W zeszłą niedzielę byliśmy całą ekipą: ja, mama, Marcin oraz nasz najmłodszy synek w Płocku u pana Antoniego. Pan Antoni to najstalszy ze stałych klientów naszego antykwariatu. Prawdopodobnie jest też najstarszym z klientów, którzy nadal nas odwiedzają, ma 91 lat. Przychodził do antykwariatu na Podmurnej jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku przy okazji swoich wizyt w Toruniu. Przychodził do każdej z naszych siedzib i przychodzi nadal, na Wysoką.

Pan Antoni to bibliofil z ukierunkowanymi zainteresowaniami, zbiera publikacje o Toruniu, szczególnie historyczne i turystyczne. Dużo podróżował i przyjął zasadę, że jeśli w jakimś miejscu nocował chociaż jedną noc, to musi się o tej miejscowości czegoś dowiedzieć. W związku z tym ma dużo książek i broszur o miastach i regionach Polski i innych krajów. Kolekcjonował też wydawnictwa o sztuce i historii oraz pocztówki. Przy okazji każdej swojej wizyty w naszym antykwariacie pan Antoni pyta o nowe pocztówki i przegląda je jeśli jakieś nowe akurat są. Posiada on ogromną kolekcję pocztówek i rzadko zdarza się, że mamy coś co można do niej dołączyć. Gdy już taka perełka się trafi oglądamy wspólnie i omawiamy unikatowy egzemplarz: czy z obiegu czy czysta, jeśli z obiegu to dokąd wysłana, jaki ma znaczek itd.

Jeśli chodzi o książki, to zdarzyło nam się kilka wartych opowiedzenia historii. Jedna z nich, sprzed około dwóch lat, dotyczy książki o małej miejscowości na Kresach, którą zwiedzał pan Antoni. Przez kilka kolejnych wizyt w antykwariacie pan Antoni pytał o tę książkę. Ja miałam zapisany w notesie tytuł i obiecałam sprawdzać co jakiś czas popularny portal zakupowy w poszukiwaniu tej książki. Tytuł okazał się jednak niedostępny w handlu internetowym. Po sprawdzeniu zasobów bibliotek okazało się, że mają go tylko Biblioteka Narodowa i Biblioteka Jagiellońska, czyli Warszawa i Kraków. Gdy pan Antoni się o tym dowiedział, był zawiedziony. Przypomniałam sobie jednak o wypożyczeniach międzybibliotecznych i z sygnaturami książek z obu bibliotek udałam się do Książnicy Kopernikańskiej przy ulicy Słowackiego. Tam pani kierowniczka działu udostępniania orzekła, że szybciej uda się ściągnąć książkę z Warszawy i przyjęła zamówienie. Po niedługim czasie, chyba około 2 tygodni, dostałam wiadomość, że książka jest już w Książnicy i można z niej skorzystać na miejscu w czytelni. W czytelni udało mi się przekonać panią, żeby zezwoliła na wykonanie kserokopii fragmentów książki. Skopiowane fragmenty zostały zbindowane i trafiły na półkę w antykwariacie, gdzie czekały razem z innymi odłożonymi dla klientów książkami. Przy następnej wizycie z radością wręczyłam panu Antoniemu zamówione materiały. Opłacił on koszty kserokopii i bindowania i podziękował za sprowadzenie książki. Dla takich chwil warto prowadzić antykwariat.

Podczas jednej z kolejnych wizyt pan Antoni zapytał o możliwość przyjęcia przez antykwariat części jego księgozbioru. Wytłumaczył, że wszystkich zbieranych przez wiele lat książek nie jest w stanie przyjąć jego córka ani brat. Nie chciałby też, żeby po jego odejściu książki stały się problemem dla kogoś z nich lub trafiły na makulaturę. I chociaż wtedy (chyba było to w 2017 roku) nie miałam miejsca na przyjęcie tak dużej liczby książek, to obiecałam, że je przyjmiemy. Latem tego roku pan Antoni znów odwiedził antykwariat i zapytał o możliwy termin przewiezienia książek. Remont pomieszczenia, w którym zamierzamy uruchomić nowy antykwariat miał się już ku końcowi i obiecałam, że jak tylko będzie można książki tam wstawić, to się odezwę. W listopadzie zadzwonił pan Antoni z propozycją, żeby załatwić sprawę przed zimą, jednocześnie Towarzystwo Naukowe w Toruniu, od którego wynajmujemy lokal zgodziło się, żeby do nowego lokalu już wstawić książki. Pozostało jeszcze załatwić firmę przewozową i pojechać do Płocka zapakować książki. Nasz wyjazd odbył się właśnie w zeszłą niedzielę. W czasie pakowania książek pan Antoni opowiadał w niezmiernie ciekawy sposób o swoim życiu. Zadziwiła nas jego fenomenalna pamięć. Wspominał swoje dzieciństwo w przedwojennym Toruniu, historię swojej rodziny, pokazał drzewo genealogiczne sięgające XVIII wieku. A wszystko z werwą i poczuciem humoru, których dużo młodsi ludzie mogliby mu zazdrościć.


Po zapakowaniu książek szczęśliwie wróciliśmy do Torunia. Wyjazd nie byłby możliwy bez pomocy ukochanych teściów, którzy przechowali starsze dzieci na czas naszego wyjazdu. A po powrocie nakarmili nas pysznym domowym obiadem. Misja "Płock" zakończyła się ostatecznie w środę, kiedy firma transportowa przywiozła książki na Wysoką. Książki od pana Antoniego trafią na osobny regał (lub regały), obok którego powieszę poniższe zdjęcie z krótką informacją o pochodzeniu księgozbioru. A jeśli ktoś zapyta o szczegóły z chęcią opowiem tę historię.



P.S. Pan Antoni wybiera się do Torunia w styczniu, obyśmy do tego czasu byli już gotowi z nowym pomieszczeniem.

P.S.2: O tym, co aktualnie czytamy napiszę w kolejnym wpisie. 

niedziela, 1 grudnia 2019

4 etaty

Niedziela, 24.11.2019

Licząc każde dziecko jako jeden etat i pracę jako jeden etat, w sumie mam 4 etaty. Choć to oczywiście duże uproszczenie. Czasem dziecko to dużo więcej pracy i stresu niż praca zawodowa, czasem dużo mniej. Jeśli chodzi o satysfakcję i radość to czasem praca, zwłaszcza na własnej działalności, przynosi ich podobne ilości, co dziecko. Antykwariat jest jak dziecko, a może i każda własna działalność gospodarcza jest jak dziecko. To śmieszne porównanie, bo jest tylko kilka wspólnych cech tych dwóch obszarów, ale lubię się czasem pośmiać z tego, że firma jest jak dziecko. Najważniejsze jest poświęcenie jej czasu, tylko wtedy to ma sens i przynosi efekt. Często firma zabiera czas na sen, prowadząc firmę człowiek cały czas się uczy, własna firma to ciągłe wydawanie na nią pieniędzy, czasem się przez nią płacze, czasem cieszy się do łez. Czasem firmę trzeba na jakiś czas zostawić komuś pod opieką, ale niestety nie ma żłobków ani przedszkoli dla firm. Tyle podobieństw.

Chciałabym na każdym z etatów być idealna, ale wiem, że się nie da. Staram się więc być wystarczająco dobra. Dla dzieci staram się najbardziej, bo są najważniejsze. Często powtarzam sobie, że dla siebie samej powinnam starać się najbardziej, bo to ja jestem dla siebie najważniejsza i dzieci będą się miały dobrze tylko wtedy, kiedy ja będę w dobrej formie. Ogółem wychodzi zwykle taka chwiejna równowaga: czasem odmawiam czegoś sobie i poświęcam się dla dzieci, czasem odmawiam czegoś dzieciom i poświęcam się sobie.

Z pracą zawodową, czyli z antykwariatem jest trudniej. Firma sama w sobie nic nie powie, ale już szef mówi dużo i często. Dla mnie szefem są ogólnie wszyscy klienci. Ci, którzy przychodzą do antykwariatu tylko z zapytaniem i ci, którzy przychodzą sprzedać nam książki; ci, którzy kupują; ci, którzy piszą zapytania mailem, smsem, messangerem; ci, którzy telefonują. Wszystkich staram się wysłuchać, ale nie mogę wszystkich słuchać, w sensie wykonywać ich polecenia. Gdyby zebrać rady i przemyślenia naszych klientów co do funkcjonowania antykwariatu, trzeba by hojnego inwestora i zespołu wolontariuszy gotowych tak prowadzić przedsięwzięcie, żeby wszyscy byli zadowoleni. Ja prowadzę tę firmę tak jak potrafię najlepiej. Często myślę, że może lepiej zamknąć antykwariat, bo główny aspekt bycia przedsiębiorstwem, czyli przynoszenie zysków, u nas szwankuje. Równie często jednak myślę, żeby dalej rozwijać antykwariat, rozszerzać działalność, kupować jeszcze więcej książek, sprzedawać jeszcze więcej, organizować spotkania wokół książek. Na razie zwycięża opcja druga, ale obiecałam sobie dla dobra własnego i rodziny, że jeśli nie wypracujemy zysku pozwalającego przeżyć, to bez skrupułów zamkniemy działalność. 

Co aktualnie czytamy?

Ja czytam Szczygła Donny Tartt i jestem totalnie pochłonięta i zachwycona. Na tylnej okładce napisali prawdę: "... to epicka powieść, która łączy w sobie elementy zagadki kryminalnej i Bildungsroman. To klasyczna opowieść o utracie i obsesji, przetrwaniu i tworzeniu siebie od nowa, i o bezlitosnych kolejach losu." Kilkadziesiąt pierwszych stron nie wciągało mnie specjalnie, ale w pewnym momencie coś przeskoczyło, jakiś spust się zwolnił i zaczytałam się. Ta książka to kandydatka na moją książkę roku. A wypożyczyłam ją z ukochanej biblioteki przy Klonowica, gdzie cudnych książek jest mnóstwo i ostatnio żeby coś wypożyczyć trzeba stać w kolejce, to ogromnie budujące, takie kolejki czytelników. A jeszcze muszę napisać, że w tej książce jest rozbudowany wątek antykwaryczny i chociaż dotyczy dzieł sztuki, głównie mebli i obrazów, to pewne uniwersalne zasady handlu antykwarycznego można wyczytać. Np., że nie ma czegoś takiego jak obowiązująca cena na dany tytuł. Codziennie mamy u nas w antykwariacie zapytania mailowe, telefoniczne i osobiste o treści "ile to jest warte?". Ja zwykle odpowiadam: to zależy od wielu czynników i nie da się szybko określić, a ostatecznie dochodzę zwykle do konkluzji takiej, jak i w Szczygle,: tyle, ile zapłaci klient.

Starszy syn, lat 9, czyta książkę pt. Frigiel i Fluffy więźniowie Netheru Nicholasa Digarda. To drugi   tom serii, której akcja toczy się w uniwersum Minecrafta (przepisane z tylnej okładki). W opinii mojego syna książkę czyta się jak normalną książkę, czyli czasem wciąga bardziej, czasem mniej. W mojej opinii to dobry pomysł: wydawanie książek związanych z grami komputerowymi. Dla wydawców, autorów, księgarzy to dobrze sprzedające się tytuły, dla dzieci i młodzieży to świetny sposób na przyciągnięcie do książek i odciągnięcie od ekranów. Cieszę się jednak, że mój syn czyta oprócz książek tego typu, także inne, niezwiązane z grami tytuły.

Córka, lat 6, czyta, a właściwie my jej czytamy, codziennie kilka mniejszych i większych książeczek. Akurat wczoraj do snu czytałyśmy rozdział 8 z Nowych przygód skarpetek (jeszcze bardziej niesamowitych) Justyny Bednarek. Trzy tomy tych wspaniałych opowieści czytamy wciąż od nowa. To świetnie napisane i zilustrowane (Daniela de Latour) historyjki, które są u nas w stałym repertuarze. Tak wiele już napisano o tych książkach i są bardzo znane, ale gdyby ktoś jeszcze zastanawiał się, co czytać dzieciom w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, to Skarpetki będą idealnym wyborem, także dla dorosłych:)

Młodszy synek w wieku prawie trzech miesięcy czyta, chcąc nie chcąc, wyżej wymienione lektury dzieci czytane na głos oraz czytane specjalnie dla niego książeczki obrazkowe z twardymi stronami. Tutaj mamy całkiem pokaźny zbiór lektur starszego rodzeństwa, ale też kilka egzemplarzy kupionych specjalnie dla najmłodszego. Wśród nich jest Elmer i pogoda Davida McKee. Elmera znaliśmy dotychczas z wersji w dużym formacie i z normalnymi, papierowymi stronami, które czytaliśmy starszym jak byli młodsi. Teraz z radością odkryliśmy wersje z twardymi stronami i pojedynczymi słowami na stronach. Piękne ilustracje same układają się w historyjki opowiadane przez nas lub starsze dzieci najmłodszemu.

Ojciec dzieci czyta aktualnie najnowszą powieść Stephena Kinga pt. Instytut. Książkę pożyczył od swojego taty, czyli najkochańszego teścia antykwariuszki, który przeczytał ją jednym tchem i polecił skutecznie. Ja przeczytałam o tej książce w "Książkach. Magazynie do Czytania", że jest w niej coś o krzywdzeniu dzieci i dlatego po nią nie sięgnę, przynajmniej w najbliższym czasie. Ale mój partner jest wciągnięty i niezmieszany, bardzo lubi Kinga i sporo jego książek ma na półce. Ta  podobno czyta się szybko i trzyma w napięciu. 






sobota, 16 listopada 2019

Dzień

Sobota, 16.11.2019

Dzisiejszy dzień w pracy mija jak zwykle wśród blasków i cieni. W ogóle "dzień w pracy" to jest szerokie pojęcie w przypadku mamy trojga dzieci prowadzącej własną działalność gospodarczą.

Obudziłam się w nocy kilka razy, gdyż najmłodszy antykwariusz skończył dopiero niedawno 2 miesiące i wciąż lubi nocną aktywność. Ostatecznie obudziłam się około godziny 7 rano i widząc brak szans na jeszcze choćby małą porcję snu zaczęłam planować dzień. Pomyślałam, że dobrze byłoby pójść do antykwariatu i wystawić nasze przecenione książki na parapety, gdyż dzień zapowiadał się ciepły i bez deszczu. Książki ustawione na parapecie są zawsze dodatkowym sygnałem, że jest w tym miejscu antykwariat, że jest otwarty i że książki są na wyciągnięcie ręki. Wiosną, latem i jesienią wystawiamy przecenione książki na parapety zachęcając do wizyty w antykwariacie i wiemy z doświadczenia, że to działa. A sprawne działanie to jest dokładnie to, czego nasz antykwariat w ostatnim czasie bardzo potrzebuje. Zaplanowałam więc, że na 10 przyjdę do antykwariatu, żeby te książki ustawić na zewnątrz. 

O godzinie 8 rano wciąż wierzyłam, że to się uda. Zrobiłam sobie kawę zbożową i herbatę zieloną czyli mój zestaw otwierający dzień i usiadłam w fotelu, żeby nakarmić najmłodszego antykwariusza i poczytać. Czytam teraz czasopismo "Książki. Magazyn do czytania" i akurat nieopatrznie dziś dotarłam do urywka z najnowszej powieści Margaret Atwood pt. Testamenty, czyli sequela Opowieści podręcznej. Chciałam skończyć o 8:15, żeby przygotowywać się do wyjścia, ale wciągnęła mnie lektura i poddałam się. Około 8:30 poszłam do kuchni żeby przygotować sobie śniadanie i oczywiście zaczęłam ogarniać, czyli sprzątać. Już więcej nie patrzyłam na zegar, żeby się niepotrzebnie nie denerwować. Po jakiejś godzinie wstępnego ogarniania porannego nieładu mieszkaniowego dałam starszym dzieciom śniadanie i przystąpiłam do ogarniania siebie. Standardowo każdą czynność w domu wykonuję etapami, bo jak już np. dotrę do pokoju dziecięcego z czystymi ubraniami ściągniętymi z suszarki, to tam okazuje się, że trzeba pościelić łóżka. Podczas ścielenia łóżek dostaję sygnał głosowy, że potrzebuje mnie najmłodszy antykwariusz. Jak już go oporządzę i np. wyrzucam brudną pieluszkę do śmietnika w kuchni, to okazuje się, że zostawiłam na blacie przygotowane wcześniej śniadanie. Jem śniadanie, gdy wzywa mnie jedno ze starszych dzieci, żebym w dziecięcym pokoju coś zdjęła z wysokiej szafki, zobaczyła rysunek czy posłuchała zabawnego fragmentu z książki. W dziecięcym okazuje się, że zostawiłam pościelone do połowy łóżka. Po załatwieniu łóżek jest czas na naukę z najstarszym dzieckiem. Mamy taki zwyczaj, że aby uprzyjemnić sobie ten obowiązek przygotowujemy herbatę i zdrowe przekąski, np. gorzką czekoladę i i orzechy. Ucząc dzielenia z resztą w takich przyjemnych okolicznościach spędzam kolejne pół godziny. Potem trzeba np. uczesać córeczkę i tak w kółko i bez końca. Krążę po domu i z każdym kolejnym okrążeniem jest coraz lepiej, poziom uporządkowania materii rośnie, poziom chaosu spada. Ta działalność wymaga czasu, siły i nikt za nią nie płaci, ale ją uwielbiam i daje mi ogromną satysfakcję. 

Ale jest i druga działalność w moim życiu, która wymaga czasu i siły i robimy wszystko, żeby się ona opłacała. Do antykwariatu docieramy z najmłodszym po godzinie 11. Na ostatnim odcinku drogi, czyli ulicy Zaułek Prosowy przeciskam się z wózkiem między murem oddzielającym Plac Podominikański a zaparkowanymi samochodami. Między jezdnią a chodnikiem nie ma na tym odcinku krawężnika ani żadnych słupków i parkujące prostopadle auta prawie zawsze wjeżdżają na chodnik. Chodnik jest dość wąski i z drugiej strony jest mur. Gdyby nie zderzaki aut zaparkowanych częściowo na chodniku, byłoby wystarczająco dużo miejsca. Najczęściej jednak kierowcy nie zostawiają wolnego miejsca na chodniku i jednocześnie nie zostawiają wyboru osobom z wózkami i musimy się przeciskać między murem a zderzakiem. Piesi, kierowcy i rowerzyści, a ostatnio też hulajnogi to temat gwarantujący wzrost emocji, więc daję teraz spokój z tą kwestią, a w wolnej chwili napiszę w tej sprawie do Urzędu Miasta.

Dziecko śpiące spokojnie w wózeczku przez całą drogę oczywiście budzi się jak tylko przekraczamy próg przybytku przy ulicy Wysokiej 16. Wiem więc, że mam może kilkanaście minut na ustawienie książek na parapetach. Przedtem parapety trzeba umyć, a od ostatniego sprzątania chodnika (tydzień temu) uzbierało się też sporo nowych śmieci. Dziś to jak zwykle pety od papierosów, zapałki, ale też elegancko ukryte za doniczką z kwiatami opakowanie od czteropaku piwa. Po załatwieniu sprzątania i parapetów siadamy z najmłodszym za ladą, a zastępującą mnie dzielnie mamę wysyłam po szybkie zakupy do pobliskiego sklepu. Jutro mamy uroczystość rodzinną i chcemy przygotować dobry obiad, mama gotuje rosół, ja drugie danie. Z dzieckiem na rękach udaje mi się obsłużyć miłych klientów-rodzinę z dziećmi, mimo awarii terminala do płatności kartą. To pierwsza z dzisiejszych awarii, które skutecznie denerwują nas-antykwariuszki, klienci są jednak wyrozumiali i wciąż uśmiechnięci, więc i dla na stres jest mniejszy. Po wyjściu klientów karmię synka i kończę akurat gdy wchodzą kolejni, wraca też mama. Mogę teraz popracować chwilę w naszym magazynie na drugim piętrze, gdzie też z dzieckiem na kolanach usiłuję przed komputerem dowiązać certyfikat ssl do naszego sklepu internetowego. Poprzedni certyfikat stracił ważność, wczoraj wykupiłam kolejny, został pozytywnie zweryfikowany i mam tylko problem z powiązaniem. Miejmy nadzieję, że biuro obsługi klienta firmy, która dostarcza nam sklep internetowy odpowie na moje zapytanie niedługo. W międzyczasie sklep przestał działać zarówno dla klientów jak i dla nas, znowu stres. Na szczęście awaria nie trwała długo. Jeszcze kilka spraw załatwionych na górze i możemy wracać domu. Znowu dobrze przepracowane, oczywiście na miarę naszych możliwości, 2 godziny. 

Po powrocie do domu zrobiliśmy sobie z córeczką i młodszym synkiem kolejny seans czytelniczo-karmiący. Tym razem czytałyśmy Dzieci z ulicy Awanturników autorstwa Astrid Lindgren. Uwielbiam jej wszystkie książki. To chyba jedne z nielicznych, które wytrzymują przenosiny na kolejne pokolenia, co przy literaturze dziecięcej jest trudne. Zwykle każde pokolenie ma swoich ulubionych autorów i postaci. Po czytaniu przyszedł czas na obiad. Przygotował go od początku do końca ukochany partner antykwariuszki i ojciec dzieci. Powoli dzień pracy dobiegał końca. Starsze dzieci wyprawiły się do przyjaciół na popołudniowe zabawy. Najmłodszy synek umożliwił mi odespanie nocnych niedoborów snu, tak że zregenerowana mogłam usiąść i opisać ten dzień. Teraz przystępujemy do akcji "kąpiel i spanie" i oczywiście "czytanie". O tym co było czytane napiszę wkrótce.  Miłego wieczoru.

sobota, 9 listopada 2019

Metoda małych kroków

Sobota, 09.11.2019

Zanim minęły dwa miesiące mojego trzeciego urlopu macierzyńskiego postanowiłam malutkimi kroczkami wrócić do pracy. Praca to jednak szerokie pojęcie i tym razem w moim przypadku obejmuje głównie pracę w domu, przy komputerze, z dzieckiem na rękach lub na kolanach. Dlatego też teraz często trenuję pisanie lewą ręką (generalnie jestem praworęczna), bo w zależności od sytuacji mam wolną tylko jedną rękę. Proszę się więc nie zdziwić jeśli w niektórych książkach nasze ceny wpisywane odręcznie będą nagryzmolone kulfonami - to pamiątka z urlopu macierzyńskiego, gdy prawą ręką akurat trzymałam dziecko, a lewą wpisywałam ceny. Często też nie mogę odebrać telefonu lub szybko odpisać na maila czy smsa. Trudno, ja muszę żyć ze świadomością, że zawodzę klientów, a klienci muszą poradzić sobie inaczej (poszukać samemu informacji na naszej stronie: www.antykwariat-torun.pl lub znaleźć książkę w innym antykwariacie).


Małymi kroczkami opracowuję i skanuję książki, żeby były też na sprzedaż w naszym sklepie internetowym. Są dni, że uda mi się wystawić 4 książki, ale są i takie, że żadnej. Czasem uda się zrobić tylko jeden opis lub skan, ale zawsze się pocieszam, że cokolwiek jest lepsze niż nic. Dodatkową atrakcją urlopu macierzyńskiego jest okazja do rozmyślań w czasie spacerów lub karmienia dziecka. Do przemyślenia jest sporo, bo nowe pomieszczenie dla antykwariatu zaczyna się wyłaniać z otchłani marzeń jako całkiem realne przedsięwzięcie. Trzeba przemyśleć przede wszystkim finanse: czy sprzedamy tyle książek, żeby się utrzymać w nowym pomieszczeniu? Ile książek musimy sprzedać miesięcznie, żeby opłacić czynsz, prąd, ogrzewanie, internet, składki ZUS, podatki, wynagrodzenia potencjalnych pracowników, inne opłaty? Czy damy radę wznowić skup i jakie kwoty będziemy mogli oferować za książki? Zapasów mamy wciąż mnóstwo, ale jest też ogromne zapotrzebowanie na skup - kilkanaście lub kilkadziesiąt zapytań dziennie.


Małymi kroczkami staram się utrzymywać porządek w antykwariacie. Dziś udało mi się umyć najbardziej reprezentacyjną część okien, parapety i pozbierać śmieci przed antykwariatem. Standardowo robię to codziennie zanim siądę do komputera i wtedy na jeden dzień nie przypada tych śmieci zbyt wiele. Jednak dzisiaj, po dwóch miesiącach przerwy w sprzątaniu, roboty było sporo. Oprócz najliczniejszej grupy śmieci: petów i zużytych zapałek zebrałam też kilka kapsli, gum do żucia, papierków, ale też moich ulubionych i najbardziej intrygujących: pestek po owocach i łupin od orzechów. Zastanawiam się, czy to ktoś przechodzący ulicą akurat łupie orzechy i rozrzuca łupiny, czy mieszkańcy okolicznych kamienic wyrzucają je przez okna?


Małe kroki to moja ulubiona metoda. Po malutku uzupełniamy ofertę nowych książek w antykwariacie składając zamówienia u naszych stałych dostawców i nawiązując współpracę z nowymi. Obmyślamy jak w nowym pomieszczeniu ustawimy działy, gdzie będą miejsca do siedzenia, czy od razu mieć w ofercie kawę, czy poczekać z tym i zająć się tylko książkami. Małe kroki tworzą duże kroki. Chętnie przyjmiemy uwagi i propozycje od Państwa co do naszego funkcjonowania. Można do nas pisać maile: poczta@antykwarita-torun.pl, wiadomości na Facebooku: https://www.facebook.com/TorunskiAntykwariatKsiegarski/  , można też dzwonić: 607 768 375, ale tutaj proszę o wyrozumiałość, bo nie zawsze mogę odebrać i oddzwonić. W nowym pomieszczeniu trzeba będzie rozłożyć na półki ponad 20 000 książek, to będzie mniej więcej w styczniu 2020, gdyby ktoś chciał nam w tym pomóc, prosimy o kontakt.